piątek, 27 grudnia 2013

Libba Bray - "MISSja survival"


Pięćdziesiąt pięknych dziewcząt rozbija się na bezludnej wyspie. To uczestniczki konkursu Miss Nastoletnich Marzeń. Co prawda udało im się wyjść cało z katastrofy lotnicznej, jednak ich przyszłość staje się jednym wielkim znakiem zapytania. Pozostawione samym sobie, muszą przetrwać w odległym od cywilizacji miejscu. Tyle tylko, że wyspa skrywa więcej sekretów, niż mogły początkowo przypuszczać - czy taki obrót spraw pozwoli im kiedykolwiek wrócić do domu?

Oto powieść, która Was rozbawi, obiecuje okładka, a fragment umieszczonej na niej recenzji zapewnia: (...) będziecie się pokładać ze śmiechu!. MISSja survival to w założeniu satyra na współczesny obraz mediów i celebrytów. Sam pomysł jest dość interesujący, a nazwisko autorki obiecujące, więc co mogłoby pójść źle?

Powinnam chyba zacząć od humoru, który, rzecz jasna, jest sprawą indywidualną, jednak ten przedstawiony w powyższej książce zupełnie do mnie nie trafił. Początkowo uśmiechnęłam się raz czy dwa, jednak im dalej, tym gorzej - żarty stawały się coraz bardziej sztuczne i wymuszone. Nie uważam się za osobę pozbawioną poczucia humoru, w zasadzie wręcz przeciwnie, lecz widocznie Libba Bray i ja mamy zupełnie odmienne definicje słowa dowcip. To, co na początku było całkiem niezłą rozrywką, po pewnym czasie stało się niemiłosiernie męczące, aż w końcu zaczęłam mieć cichą nadzieję, że bohaterki w końcu kopną w kalendarz i przestaną zasypywać mnie swoimi jakże zabawnymi spostrzeżeniami. W zasadzie jedynym elementem humorystycznym, który nie okazał się być zupełnym fiaskiem, są przypisy od czasu do czasu wtrącane przez autorkę. Gdyby tylko na tym poprzestała, z pewnością miałabym o wiele lepsze zdanie o tej pozycji, ale niestety tak się nie stało.

Być może mogłabym nieco przymknąć oko na nieszczęsną kwestię humoru w tej powieści, gdyby fabuła choć trochę nadrobiła i zatarła nieprzyjemne wrażenie, lecz nie ma co na to liczyć. Po pewnym czasie Libba Bray tak zatraca się w wymyślaniu coraz to nowszych żartów, że akcja w zasadzie stoi w miejscu, na pierwszy plan wysuwa się satyra, a jakakolwiek fabuła idzie w odstawkę. Przepadam za wartką akcją, lubię, gdy w czytanych przeze mnie książkach po prostu coś się dzieje, i w przypadku MISSji survival przeżyłam srogie rozczarowanie. 

Niektóre z wykreowanych przez autorkę postaci nawet da się lubić, jednak pozostałe są w tym utworze chyba tylko po to, by działać czytelnikowi na nerwy. Naprawdę rozumiem, że założeniem tej książki było spojrzenie na współczesność z przymrużeniem oka, ale bez przesady, pewnych rozwiązań z łatwością można by uniknąć z korzyścią dla czytelnika.

Nie ukrywam, że po prostu zawiodłam się na tej powieści. Wiązałam z nią spore nadzieje, zwłaszcza, że MISSja survival wyszła spod pióra Libby Bray, autorki uwielbianego przeze mnie cyklu o Gemmie Doyle. Spodziewałam się, że nowa książka pisarki też przypadnie mi do gustu, może nie tak, jak Mroczny sekret i kontynuacja, ale mimo wszystko liczyłam na przyjemną lekturę, która dostarczy mi kilku godzin rozrywki. Niestety spotkało mnie tylko rozczarowanie, a szkoda.

środa, 25 grudnia 2013

Orphan Black (sezon 1)


Sarah Manning to młoda kobieta, którą poznajemy, gdy jej życie nie układa się najlepiej. Ledwo wiąże koniec z końcem, próbuje wyrwać się z toksycznego związku, tęskni za dawno nie widzianą córką. Wszystko zmienia się w momencie, gdy na stacji metra jest świadkiem samobójstwa... popełnionego przez osobę, która wygląda zupełnie tak, jak ona. Korzystając z powstałego zamieszania, Sarah zabiera porzuconą przez martwą już kobietę torebkę i postanawia przejąć jej tożsamość. Nie wie jeszcze, że tym samym znajdzie się w samym środku intrygi, która może kosztować ją życie.

Orphan Black to serial, który miałam na oku już od dłuższego czasu, jednak opis nie był na tyle zachęcający, bym wcześniej skusiła się na włączenie chociaż pierwszego odcinka. Dopiero kilka dni temu, korzystając z dłuższego wolnego, postanowiłam dać mu szansę. Potem przyszła kolej na następny odcinek, i następny, aż w końcu przestałam sobie obiecywać, że "jeszcze tylko jeden i teraz naprawdę już koniec" i dotarłam do dziesiątego, ostatniego już odcinka. 

To, co wyróżnia ten serial spośród wszystkich, które miałam okazję do tej pory oglądać (a przyznaję bez bicia, od oglądania seriali jestem po prostu uzależniona), jest fakt, że Tatiana Maslany wciela się aż w siedem zupełnie różnych od siebie ról. Jej gra aktorska wywarła na mnie ogromne wrażenie, ponieważ każda z odgrywanych przez nią postaci jest niesamowicie wiarygodna. I tak też mamy okazję poznać nie tylko główną bohaterkę, Sarah, ale również niezrównoważoną Helenę, idealną panią domu Alison (moje dwa ulubione wątki), zafascynowaną nauką Cosimę, policjantkę Beth, pochodzącą z Niemiec Katję, a także opanowaną Rachel. Postaci drugoplanowe również są godne uwagi, jak mój faworyt Felix czy działający na nerwy Art.

Fabuła jest nietypowa i tak zakręcona, że w zasadzie nie wiem nawet, od czego zacząć, żeby przypadkiem nie zrobić jakiegoś spojlera. Orphan Black to produkcja wciągająca już od pierwszego odcinka, w której akcja wciąż idzie naprzód, a wraz z kolejnymi odpowiedziami pojawiają się też kolejne pytania. Twórcom udało się stworzyć niesamowity klimat, który utrzymuje się do samego końca. Niewiarygodnie wręcz wciągnęłam się w ten serial, tak, że momentami nie mogłam usiedzieć w miejscu z nadmiaru emocji - a jest to coś, co bardzo sobie w serialach cenię.

Pierwszy sezon ma 10 odcinków, co może być zarówno zaletą, jak i wadą. Jeżeli ktoś nie ma zbyt wiele czasu, by zabrać się za dłuższy serial, spokojnie może zapoznać się z Orphan Black - zapewniam, że te 45 minut minie błyskawicznie. Dzięki niewielkiej liczbie odcinków nie pojawiają się żadne dłużyzny czy zapychacze, akcja nie jest rozłożona na 20-22 odcinki. Tylko że naprawdę nie wiem, jak wytrzymam do kwietnia, bo właśnie wtedy serial wróci z drugim sezonem, choć i tak będzie mniej czekania, niż na przykład na trzeci sezon Sherlocka BBC (już niedługo!). Już odliczam dni, bo jest na co czekać.

Długo mnie nie było, ale teraz zamierzam wrócić i systematycznie dodawać recenzje, zwłaszcza, że ostatnio przeczytałam kilka naprawdę fajnych książek, szkoła nie może stać mi na drodze do czytania. :) Korzystając z okazji chciałabym życzyć Wam wesołych świąt, spełnienia marzeń, dużo zdrowia, szczęścia, jak najwięcej czasu spędzonego z bliskimi, ale także dużo czasu dla siebie, odpoczynku, naładowania akumulatorów i wszystkiego najlepszego. :)

czwartek, 26 września 2013

Jodi Picoult - "To, co zostało"


Doskonale pamiętam chwilę, kiedy jedna z książek Jodi Picoult - a było to „Bez mojej zgody” - po raz pierwszy wpadła w moje ręce. Nie miałam pojęcia, czego mam się po niej spodziewać, głównie dlatego, że nazwisko autorki nigdy wcześniej nawet nie obiło mi się o uszy. Nie wiedziałam, że to początek niezwykłej przygody. Teraz, po niemal trzech latach znajomości z twórczością Amerykanki, mogę stwierdzić, że przeczytane przeze mnie ostatnio „To, co zostało” okazało się być chyba najlepszą z wielu jej powieści.

Sage Singer jest młodą kobietą, ukrywającą się przed światem, a wszystko z powodu szpecącej twarz blizny i związanych z nią bolesnych wspomnień. Nocami pracuje w cukierni jako piekarz, natomiast za dnia odsypia, jeździ na terapię i spotyka się ze swoim żonatym partnerem. Nie do końca poukładane życie Sage staje na głowie, gdy jeden z klientów piekarni, z którym nawiązała nić porozumienia, wyznaje jej, iż jest byłym esesmanem. Cieszący się powszechną sympatią emerytowany nauczyciel niemieckiego zaczyna opowiadać kobiecie swoją historię, prosząc o wybaczenie i pomoc w odebraniu sobie życia. 
„Jeśli się ukrywasz, żyjesz wśród ludzi jak duch, możesz zniknąć i nikt tego nie zauważy. Ludzka rzecz dopilnować, aby został po nas jakiś ślad.”
Cała historia podzielona jest na kilka części, a w poszczególnych rozdziały mamy okazję poznać punkt widzenia każdego z głównych bohaterów. Jest to raczej typowy zabieg stosowany przez pisarkę, jednak w tym konkretnym przypadku odgrywa niezwykle kluczową rolę. Głos dostaje zarówno była więźniarka obozu koncentracyjnego, jak i jej oprawca - i jak tu pozostać obojętnym?

„To, co zostało” okazało się być utworem, wobec którego podeszłam niezwykle emocjonalnie. Nie podejrzewałam nawet, że aż tak mnie poruszy. Mogło to być spowodowane tym, że poprzednie książki Picoult czytałam z niemałym zaciekawieniem, niejednokrotnie także z trudnym do opanowania mętlikiem w głowie, jednak nigdy poruszane przez nią tematy nie były mi tak... no cóż, bliskie. Tym razem autorka dotyka ważnego fragmentu naszej historii i pokazuje go od boleśnie ludzkiej strony. Gdy zaczęłam lekturę, nie byłam w stanie odłożyć jej na bok, siedziałam zaczytana, aż dzień przerodził się w wieczór, a potem w noc, a ja wciąż czytałam, czując zupełną pustkę, gdy w końcu dotarłam do ostatniego zdania i już tylko łzy spływały mi po policzkach.

Nie potrafię opisać emocji, które towarzyszyły mi podczas zapoznawania się z tą pozycją, choć bardzo bym chciała. Jasne, w szkołach uczymy się historii, poznajemy szczegóły dotyczące wojen, lecz zazwyczaj są to suche fakty, rzadko kiedy wywołujące silniejsze uczucia. Dzięki tej książce mamy szansę spojrzeć na II wojnę światową z innej perspektywy. Nie jest to opowieść w pełni zgodna z rzeczywistością, ale pewne wydarzenia wystarczą, by dogłębnie wstrząsnąć czytelnikiem. 
„I wierzę, że nadzieja - choćby tylko w lepsze jutro - to najpotężniejszy narkotyk na świecie.”
Choć od czasu, kiedy odłożyłam tę książkę na półkę nie minęło jeszcze dużo czasu, już teraz mogę stwierdzić, że to jedna z najlepszych powieści, jakie czytałam w tym roku. Nie jestem w stanie wyrzucić jej z głowy; myślę o niej przed pójściem spać i po przebudzeniu, i chyba wcale nie chcę przestać o niej rozmyślać. Naprawdę warto po nią sięgnąć i najchętniej polecałabym ją każdej napotkanej na ulicy osobie. Ta historia o ludzkiej odwadze, poświęceniu i cierpieniu paraliżuje, przeraża, wzbudza rozpacz i smutek, lecz także daje iskierkę nadziei i pozwala nieco inaczej spojrzeć na świat. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem.
„- Jedyne potwory, jakie znam, to ludzie - odpowiedziałam.”

wtorek, 17 września 2013

Moja biblioteczka #3

Dziś postanowiłam pokazać Wam swoje zbiory w nieco inny sposób, zapraszam do oglądania. :)


Mam nadzieję, że jakoś bardzo Was nie zanudziłam, bo książek jest sporo, a ja momentami mówię za dużo. ;)
Jeżeli ktoś ma ochotę, może zobaczyć poprzednie odsłony mojej biblioteczki:

niedziela, 8 września 2013

Mats Strandberg, Sara B. Elfgren - "Krąg"


Małe, na pozór zwyczajne miasteczko. Sześć dziewcząt, które nie mają ze sobą nic wspólnego. Krąg, który połączy je wszystkie. Czy da się uciec przed przeznaczeniem?

Minoo, Rebecka, Linnea, Vanessa, Anna-Karin i Ida właśnie rozpoczęły naukę w liceum. Dla kilku z nich nowa szkoła jawi się jako nowy początek, szansa na puszczenie w niepamięć błędów z przeszłości, możliwość rozpoczęcia zupełnie innego życia, pozostałe chętnie wracają do porzuconych na czas wakacji ról i etykietek, przyczepionych lata temu. Łączy je właściwie tylko jedno: Engelfors, niewielkie miasto, z którego niemal każdy pragnie się wyrwać. Spokój panujący w miasteczku zostaje zburzony, gdy w szkolnej toalecie zostaje odnalezione ciało jednego z uczniów. To jednak dopiero początek dziwnych wydarzeń, których częścią już niebawem stanie się sześć zupełnie różnych o siebie dziewczyn.
Bo tak jest w tym cholernym mieście, myśli Minoo. Jesteś tylko tym, kim inni myślą, że jesteś.
Krąg to przede wszystkim powieść o niesamowitym klimacie. Wrażenie realnego zagrożenia życia szybko udziela się czytelnikowi. Mats Strandberg i Sara Elfgren umiejętnie wykorzystali szansę na zbudowanie sugestywnej atmosfery: małe miasteczko, w którym wszyscy się znają, mrożące krew w żyłach sekrety i nieco magii - mieszanka idealna, czyż nie?

Osobiście mam wielką słabość do powieści traktujących o młodych osobach wplątanych w nadprzyrodzoną intrygę, zwłaszcza, kiedy autorzy nie boją się uśmiercić ważniejszych dla fabuły bohaterów. Nie brak tu także wątku kryminalnego, którego rozwiązanie nie należy do zbyt oczywistych. Wątki życia codziennego zostały umiejętnie połączone z problemami natury magicznej, z którymi muszą zmagać się bohaterki, tak, że wszystko łączy się w zgrabną całość.

Choć akcja nie jest specjalnie porywająca, to od książki po prostu nie sposób się oderwać. Kiedy czytałam ją wieczorami, wciąż powtarzałam sobie, że po następnym rozdziale odłożę Krąg na półkę, lecz kończyło się to tylko na pustych obietnicach, a następnego ranka z trudem wstawałam z łóżka, jednak z czystym sercem mogę stwierdzić, że było warto się nieco poświęcić.
Może i dobrze (...). W obliczu śmierci wszyscy jesteśmy samotni.
Narracja prowadzona jest naprzemiennie z perspektywy którejś z głównych postaci. Zabieg ten z pewnością się sprawdził, ponieważ bohaterki różnią się od siebie niczym ogień i woda. Za sprawą możliwości chwilowego wniknięcia w ich przemyślenia jesteśmy w stanie nieco lepiej je poznać, co z kolei nie pozwala na pozostanie obojętnym w obliczu kilku dramatycznych wydarzeń. Moimi faworytkami szybko stały się Rebecka i Minoo, choć sympatią obdarzyłam również Linneę oraz Vanessę. Niestety, mimo usilnych starań, nie byłam w stanie polubić Idy i Anny-Karin, których losy nie wzbudzały we mnie tylu emocji, jak było to w przypadku pozostałych dziewczyn.

Krąg to lektura, która całkowicie mnie usatysfakcjonowała. Ta dość nietypowa historia niewątpliwie przypadnie do gustu osobom lubującym się w klimatycznych powieściach z plastycznie wykreowanymi postaciami i niespodziewanymi zwrotami akcji. Elementy magiczne dodają całości charakteru i podkreślają świetną atmosferę panującą na kartach książki. Choć można traktować ten tom jako odrębną całość, nie mogę się doczekać, kiedy w moje ręce trafi kontynuacja powieści o uczennicach rzuconych w wir osobliwych i często niebezpiecznych wydarzeń.

Krąg | Ogień | Klucz

Wyzwanie: Czytam fantastykę

Recenzja napisana dla księgarni Dobre Książki.

niedziela, 1 września 2013

Amy Kathleen Ryan - "Blask"


Ziemia z każdym kolejnym dniem staje się coraz bardziej niebezpiecznym miejscem. Wyniszczona przez wojny i zanieczyszczenia zaczyna zasługiwać raczej na miano śmiertelnej pułapki niż bezpiecznego domu. Z tego powodu ludzie postanawiają poszukać innej planety, która mogłaby stać się ich schronieniem. I tak też z misją założenia życia na Nowej Ziemi ruszają dwa statki ze starannie wyselekcjonowanymi ludźmi: Nowy Horyzont i Empireum. Zadanie kolonistów do tej pory przebiega bez zastrzeżeń, lecz niespodziewanie spokój zostaje zburzony przez bliźniaczą jednostkę. Zaatakowane przez Nowy Horyzont osoby nie wiedzą, jak zareagować na agresję i przemoc. Owocem przeprowadzonej w mgnieniu oka akcji jest porwanie dziewczyn i likwidacja dorosłych. Na pokładzie Empireum zostają pozostawieni sami sobie chłopcy, wśród których od razu wybucha konflikt. Szybko okazuje się, że za atakiem krył się konkretny powód, a przywódczyni Nowego Horyzontu ma wobec dziewcząt misternie przygotowany plan.

Głównymi bohaterami „Blasku” są nastolatkowie, którzy znają wyłącznie życie na ogromnym statku kosmicznym. Pojęcia takie jak wiatr czy plaża pozostają dla nich w strefie abstrakcji. By zapewnić rasie ludzkiej przetrwanie, oczekuje się od nich, by w młodym wieku zajęli się tworzeniem związków i reprodukcją, w wyniku czego każda kobieta musi mieć przynajmniej czworo dzieci. Z tych postaci na pierwszy plan wysuwają się Waverly i Kieran, zakochani w sobie, rozdzieleni po ataku bliźniaczego statku, to wokół nich kręci się narracja. I o ile Waverly w pewnym stopniu da się obdarzyć sympatią, to Kieran okazał się być niemiłosiernie działającym na nerwy bohaterem. Gdyby chłopak stanął mi na drodze, nie wiem, czy umiałabym powstrzymać się od rękoczynów. Niewiarygodnie nudny, z mentalnością dziesięciolatka, z brakiem jakichkolwiek zdolności przywódczych - naprawdę, to ma być materiał na kapitana załogi? Początkowo zadatki na całkiem intrygującą postać miał Seth, jednak moje nadzieje związane z jego wątkiem błyskawicznie zostały rozwiane. Kreacja bohaterów, delikatnie mówiąc, nie zachwyca. Wszyscy są papierowi, sztuczni, brak im osobowości.

Choć książkę czyta się w dość szybkim tempie, niekoniecznie towarzyszy temu przyjemność. Styl Amy Ryan jest prosty, pozostawia wiele do życzenia, jednak zdarzały się lepsze chwile, w których śledziłam akcję z autentycznym zainteresowaniem. Momentami z rytmu wybijała mnie raczej osobliwa składnia, która brzmiała po prostu sztucznie, co było dodatkową przeszkodą w lekturze. Gdyby nie fakt, że kolejne strony przekręca się w satysfakcjonującym tempie, a z „Blaskiem” można pożegnać się po kilku godzinach, nie wiem, czy byłabym w stanie wytrwać do końca tej historii.

Elementem, który wzbudził moje niezadowolenie, zdecydowanie była główna „intryga”. Tak na dobrą sprawę znakomitą część finału bez problemu można przewidzieć już podczas czytania pierwszych rozdziałów. Nie byłam także w stanie zżyć się z głównymi bohaterami na tyle, by w jakiś sposób przeżywać ich wzloty i upadki. Wielokrotnie sceny, które prawdopodobnie miały spotkać się ze wzruszeniem z mojej strony, czytałam z obojętnością, a warto wspomnieć, że jestem osobą, której zdarza się wylać morze łez podczas lektury. 

Muszę jednak przyznać, że autorce udało się zadziałać na moją wyobraźnię klaustrofobiczną atmosferą. Zaczęłam się przez to zastanawiać, jak wyglądałoby moje życie, gdybym spędziła je zamknięta na statku, bez możliwości wyjścia na zewnątrz, nie mając pojęcia, jak wygląda świat poza metalowymi ścianami. Nie wiem, czy potrafiłabym znieść taki stan rzeczy, cały czas obracając się wśród tych samych ludzi, kilkadziesiąt lat chodząc tymi samymi korytarzami, mając za oknami niezmienny widok: ciemne niebo upstrzone gwiazdami.

„Blask” to niezwykle przeciętna pozycja, która zawiodła moje oczekiwania. Liczyłam na emocjonującą lekturę z ciekawymi bohaterami, a dostałam niewyróżniające się niczym czytadło. Irytujące, mało plastyczne postaci, przewidywalna fabuła i toporny styl Amy Ryan to właściwie kwintesencja powyższej powieści. Swój czas lepiej poświęcić na jakąś lepiej zapowiadającą się książkę, ponieważ główną emocją towarzyszącą podczas czytania „Blasku” jest irytacja.

Gwiezdni wędrowcy:
Blask | Iskra | Flame

Wyzwanie: Czytam fantastykę

piątek, 30 sierpnia 2013

Max Brooks - "World War Z"


Co by się stało, gdyby świat, który znamy, z dnia na dzień uległ zmianie o sto osiemdziesiąt stopni? Gdyby nasze normalne zajęcia zostały zastąpione codzienną walką o przetrwanie, a szanse na powrót do poprzedniego życia z każdym dniem coraz bardziej malały? Gdyby na Ziemi rozpętało się prawdziwe piekło?

Na całym świecie  rozprzestrzenia się zaraza. Ludzie padają ofiarami dziwnej choroby, która nie oszczędza nikogo. Rodzina, przyjaciele, sąsiedzi - wszyscy bez wyjątku zmieniają się w zombie. Wystarczy ugryzienie zainfekowanej osoby, by przejść bezlitosną transformację w stworzenie, którym kieruje tylko i wyłącznie rozpaczliwy głód.

„World War Z” to zbiór wywiadów z ludźmi, którzy przeżyli wojnę z zombie. Każdy przedstawia swój punkt widzenia na całą sytuację, opowiadając swoje doświadczenia z pola walki. Rozmówcami są przeróżni ludzie ze wszystkich zakątków świata. Niektórzy stali się świadkami początków zarazy będąc nastolatkami, inni byli zaprawionymi w boju żołnierzami, a jeszcze inni nie mogli uwierzyć w prawdziwość istnienia zombie do czasu, gdy ledwo uszli z życiem z ataku jednego z nich. Każdy z wywiadów dotyka innego zagadnienia, w zasadzie mamy okazję zapoznać się z każdym aspektem Wojny Z: głodem, strachem, bezsilnością, odwagą, nadzieją. 

Do tej pory moje doświadczenie z zagadnieniem, jakim jest zombie, było dość skromne. Widziałam kilka filmów z udziałem tych stworzeń, jednak żaden nie powalił mnie na kolana. Chęć bliższego zapoznania się z tematem pojawiła się dopiero niedawno, do czego z pewnością przyczyniło się słuchowisko „Żywe trupy” na podstawie komiksów Roberta Kirkmana, a także genialna gra „The walking dead” od studia Telltale. Czy „World War Z” choć w pewnym stopniu dorównała tym produkcjom? Bez wątpienia tak.

Chyba nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak wyjątkową formą książki. Utwór spod pióra Maksa Brooksa jest fikcją, jednak przedstawioną w tak realistyczny i poważny sposób, że momentami trudno uwierzyć, iż wszystkie te wydarzenia nigdy nie miały miejsca. Autor zadbał zarówno o zaplecze polityczne, medyczne i zbrojne, nie pomijając chyba żadnego elementu, który mógłby dodać całej historii wiarygodności. Pewne kwestie były dla mnie sporym zaskoczeniem, gdyż sama nie wpadłabym na podobny pomysł lub po prostu nigdy nie rozważałam niektórych zagadnień pod takim kątem.

Rozmówców jest bardzo wielu, jednak każdy z wywiadów silnie oddziałuje na wyobraźnię czytelnika. Niektóre wywołują dreszcz niepokoju, inne czytałam z szeroko otwartymi oczami czy współczuciem. Z całą pewnością jednak nie można podejść do tej powieści beznamiętnie, gdyż przedstawione w niej losy ludzi wywołują całą masę emocji. Podczas lektury wielokrotnie miałam wrażenie, że zapoznaję się z autentycznymi zdarzeniami, a nie tylko wytworem wyobraźni autora. 

„World War Z” mogę z czystym sumieniem polecić zarówno każdemu miłośnikowi literatury z zombie w tle, jak i osobom, które wcześniej nie miały z nią styczności. To świetna pozycja, która skupia się głównie na ludziach postawionych w obliczu zarazy i ich zachowaniach. Miłym dodatkiem do lektury są rysunki zainfekowanych, rozpoczynające każdy rozdział. Osobiście jestem po prostu zachwycona tą książką, i to chyba najlepsza rekomendacja, jaką mogę jej wystawić.

Recenzja napisana dla księgarni Dobre Książki.

niedziela, 25 sierpnia 2013

Marie Lu - "Rebeliant"


Piętnastoletnia June to cudowne dziecko Republiki. Pochodzi z elitarnej rodziny i uczęszcza do jednej z najlepszych szkół, w której szlifuje swój militarny geniusz. Dziewczyna jest całkowicie oddana ojczyźnie, żarliwie wierzy we wszystkie informacje podawane przez rząd. Pewnego dnia całe jej życie wywraca się do góry nogami, gdy starszy brat, pracujący jako żołnierz, ginie podczas jednej z misji. Spowodowanie śmierci mężczyzny zostaje przypisane młodemu, lecz intensywnie poszukiwanemu przestępcy, Dayowi, działającemu na szkodę Republiki. Chłopak pochodzący ze slumsów co prawda nigdy dotąd nie posunął się do morderstwa, choć brał udział w wielu akcjach dywersyjnych, jednak nie znaczy to, że nie był do tego zdolny. Tak też rozpoczyna się polowanie, niebezpieczna rozgrywka, w której celem staje się Day. June postanawia pomścić śmierć swojego brata, nie zważając na cenę.

Akcja powieści została osadzona w nieprzyjaznej, wrogiej rzeczywistości. Świat został podzielony na Republikę i Kolonie, które prowadzą ze sobą wojnę. W Republice panuje odczuwalna klasyfikacja na klasę wyższą i niższą, bogaci ludzie żyją w dostatku, niczego sobie nie odmawiają, natomiast biedni ledwo wiążą koniec z końcem, często kończąc na ulicy. Gdy dzieci kończą dziesiąty rok życia, zostają poddawane Próbie, która określa ich poziom inteligencji. Zależnie od wyniku testu, przydzielane są im różne prace, natomiast ci, którym nie uda się zdać Próby, zostają odesłani do obozów pracy. Tak naprawdę jednak niewiele wiadomo na temat przedstawionego przez Marie Lu świata - nie wiemy, jak doszło do takiej, a nie innej sytuacji, czy istnieją państwa inne niż Republika i Kolonie... Autorka przedstawiła skąpą ilość wiadomości na ten temat, ograniczając się do niezbędnego minimum.

Największym minusem „Rebelianta” okazali się być główni bohaterowie. Day i June, pozornie różni jak ogień i woda, pochodzący ze skrajnie różnych środowisk - on: zbiegły przestępca, przebiegły buntownik działający na szkodę Republiki i ona: posłuszna, wybitnie zdolna, oddana ojczyźnie - tak naprawdę są niemal identyczni. Narracja prowadzona jest na zmianę z punktu widzenia tej dwójki, i w zasadzie nie odczułam większej różnicy między ich charakterami. Spodób myślenia June i Daya jest bardzo podobny, analizują sytuacje w podobny sposób, zwracają uwagę na te same szczegóły. Właściwie mogliby być jedną osobą, nie odnalazłam praktycznie żadnej cechy, która by ich od siebie odróżniała. 

Powieść spod pióra Marie Lu nie ma specjalnie wyjątkowej fabuły, a znaczną część wydarzeń można z łatwością przewidzieć ze sporym wyprzedzeniem. Mimo wszystko czytało mi się ją znakomicie, zwłaszcza kilka ostatnich rozdziałów. Akcja mknie do przodu, a ilość kartek czekających na przeczytanie zmniejsza się w zastraszającym tempie. Dystopie oraz antyutopie to jedne z moich ulubionych gatunków i z przyjemnością sięgam po zaliczające się do nich utwory. „Rebeliant” spełnił większość moich oczekiwań, ponieważ prawdę mówiąc nie spodziewałam się po nim niczego poza zgrabnie przedstawioną rzeczywistością, interesującą fabułą i lekkim stylem. 

Pierwszy tom trylogii „Legenda” zapewnił mi parę godzin rozrywki, lecz nie sądzę, by zapisał się na dłużej w mojej pamięci. To niewielka objętościowo książka, którą trudno odłożyć na półkę, jednak nie wyróżnia się ona na tle innych pozycji o podobnej tematyce. Mimo kilku minusów chętnie zapoznam się z kontynuacją, gdyż ciekawi mnie, jak dalej potoczą się losy June i Daya, ale nie spodziewam się niczego więcej, niż po prostu wciągającej historii, dzięki której będę mogła przyjemnie spędzić czas.

Rebeliant | Wybraniec | Patriota

Wyzwanie: Czytam fantastykę

czwartek, 22 sierpnia 2013

Tammara Webber - "Tak blisko..."


Drogę oświetlają ci tylko latarnie. Niecierpliwie szukasz kluczy w torebce, marząc, by w końcu zaszyć się w łóżku i iść spać. Nagle ciszę przerywają kroki. Ktoś cię atakuje. Torebka wypada z rąk, a krzyk zamiera w płucach. Napastnik jest silny, zdeterminowany, niebezpieczny. Oczy pieką cię od łez. Nie tak wyobrażałaś sobie ten wieczór.

Jacqueline to uzdolniona muzycznie studentka. Jakiś czas temu rzucił ją chłopak, z którym spędziła trzy lata i wiązała nadzieje na wspólną przyszłość. Kennedy tłumaczy się chęcią zaznania wolności przed czekającą go karierą polityka, zaś Jacqueline zupełnie się załamuje, ponieważ poświęciła swoje marzenia po to, by być bliżej niego. Podczas powrotu z jednej ze studenckich imprez, dziewczyna zostaje zaatakowana na pustym parkingu przez przyjaciela swojego byłego chłopaka, Bucka. Z opresji ratuje ją Lucas, dzięki któremu napaść nie skończyła się gwałtem. To jednak dopiero początek ich znajomości.

Powieść autorstwa Tammary Webber przykuła moją uwagę już jakiś czas temu, gdy przeglądałam portal Goodreads w poszukiwaniu ciekawej lektury. Z tego powodu ogromnie ucieszyłam się, gdy pojawiły się zapowiedzi wydania „Easy” w Polsce. I, tak jak miałam nadzieję, książka od razu zdobyła moje serce.

„Tak blisko...” to historia przede wszystkim o uczuciu rozwijającym się między Jacqueline a Lucasem. Dawno nie czytałam utworu z tak świetnie zbudowanym związkiem. Nie ma tu żadnych paranormalnych przeciwności losu czy wydumanych problemów tworzonych przez głównych bohaterów. To po prostu taka zwyczajna relacja, w której nie brakuje właściwie niczego w kwestii realności.

Jacqueline i Lucas to plastycznie wykreowane postaci, szybko obdarzyłam ich sympatią. J. jest jedną z takich bohaterek, które osobiście bardzo lubię. Z każdą kolejną stroną zmieniała się, rozwijała, by ostatecznie stać się twardą, niezależną osobą, nie dającą sobie w kaszę dmuchać, jednak już na początku całej historii można było zauważyć w niej te cechy, choć nieco stłamszone przez zachowanie byłego chłopaka. To rozsądna, zabawna, twardo stąpająca po ziemi dziewczyna, gotowa wziąć życie w swoje ręce. Lucas od pierwszych stron owiany jest nutą tajemnicy, może sprawiać wrażenie typowego „niegrzecznego chłopca” (tatuaże, jazda na motorze etc.), jednak Webber udało się umknąć schematom. Za pozorami znajduje się inteligentny, silny i skrywający bolesne sekrety z przeszłości człowiek. O ile główni bohaterowie zostali starannie przedstawieni, to odniosłam wrażenie, że autorka potraktowała postaci drugoplanowe po macoszemu, nie rozwijając zbytnio ich kreacji. Każdy z nich rzetelnie spełnia swoją rolę w powieści, jednak nie sposób powiedzieć o nich nic ponad to.

Tammara Webber porusza wiele tematów, niejednokrotnie trudnych, takich jak gwałt czy przemoc. Napaść na Jacqueline nie zostaje zepchnięta na dalszy plan, choć nie jest też jakoś szczególnie wyeksponowana, prawdopodobnie ustępując miejsca wątkowi romantycznemu. Mimo wszystko autorka nie pomija konsekwencji całej sytuacji na zachowanie głównej bohaterki, kilkukrotnie wracając do tego wątku. Spodobało mi się przedstawienie problemu, Jacqueline nie pozostaje bierna, targają nią przeróżne emocje, w wyniku czego zapisuje się na kurs samoobrony i nie boi się szukać pomocy, choć nie pozostaje wolna od lęku przed oprawcą.

„Tak blisko...” bywa przewidywalna (momentami aż do bólu), jednak nie odebrało mi to przyjemności z czytania. Sama nie wiem, co takiego jest w tej książce, lecz z całą pewnością nie można nazwać jej przeciętną pozycją. Choć czyta się ją w błyskawicznym tempie, starałam się robić wszystko, by jakoś dawkować sobie lekturę, mniej lub bardziej skutecznie. Tammara Webber wie, jak pokierować fabułą, by zaciekawić czytelnika i nie wprawić go w stan znudzenia. Żałuję, że moja przygoda z Lucasem i Jacqueline skończyła się tak szybko, a wszystkim, którzy jeszcze nie mieli przyjemności zapoznania się z tą historią, radzę zrobić to jak najszybciej - książka idealna na najbliższy wieczór może znajdować się bliżej, niż wam się wydaje.

sobota, 17 sierpnia 2013

Stos 6/2013

Czy tylko mi dobiegające końca wakacje minęły w błyskawicznym tempie? Nie mam pojęcia, gdzie podziały się te dwa miesiące, z roku na rok wakacje wydają mi się być coraz krótsze. Niewiele wyszło z moich planów czytelniczych na ten okres czasu, ale przynajmniej trafiłam na kilka świetnych książek (jak Misery czy Wyznania Katarzyny Medycejskiej), a także udało mi się obejrzeć kilka seriali, które czekały w kolejce od kilku miesięcy: Luther (coś absolutnie wspaniałego), Teen wolf i Being human, chociaż tyle dobrego. :)


Stosik zaczyna się od Rebelianta Marie Liu - bardzo się cieszę, że ta książka w końcu wpadła w moje ręce, bo słyszałam o niej wiele dobrego. Na Tak blisko... mam ochotę od kiedy zobaczyłam ją w zapowiedziach. Blask i Klątwa opali zapowiadają się naprawdę świetnie i już zacieram łapki na samą myśl o lekturze. Z Upalnym latem Kaliny wiążę spore nadzieje, jako że poprzedni tom bardzo przypadł mi do gustu. Tak się jakoś złożyło, że nigdy nie czytałam Jane Eyre i chyba już najwyższy czas, by nadrobić zaległości. Dziewczyny atomowe [recenzja] to całkiem niezła powieść o kobietach rzuconych w wir wojny, a Wyznania Katarzyny Medycejskiej [recenzja] to genialna historia jednej z najbardziej niedocenianych władczyń.

Ale udało mi się też znaleźć jeden plus tego, że nieuchronnie nadchodzi koniec sierpnia - wraz z nim zbliża się też premiera ekranizacji Darów Anioła, nie mogę się już doczekać! :)

środa, 14 sierpnia 2013

Diane Chamberlain - "Zatoka o północy"


Każdy z nas popełnia błędy. Nieważne, czy chodzi o drobne przewinienia, czy też o te poważne w skutkach. Faktem jest, że każdemu zdarza się czasem podjąć złą decyzję, która potem w ten czy inny sposób rzutuje na resztę życia. Gorzej, jeśli taki błąd okazuje się nieść ze sobą tragiczne konsekwencje...

Pięćdziesięciotrzyletnia Julie Sellers prowadzi dość spokojne i poukładane życie. Jest znaną pisarką, ma uzdolnioną muzycznie córkę, a także godną zaufania młodszą siostrę, Lucy, na którą zawsze może liczyć. Co prawda jakiś czas temu się rozwiodła, jednak zdążyła już pogodzić się z konsekwencjami tej sytuacji. Jednak pewnego dnia budowane misternie przez lata poczucie bezpieczeństwa rozpada się, gdy do rąk kobiety trafia list, przywracający niechciane wspomnienia z dzieciństwa. Na wierzch po raz kolejny wypływa nie do końca wyjaśniona zagadka dotycząca zabójstwa starszej siostry Julie i Lucy, Isabel. Gdy dziewczynki były nastolatkami, Izzy została zamordowana podczas rodzinnych wakacji. Choć do więzienia trafił człowiek rzekomo odpowiedzialny za ten czyn, list rzuca nowe światło na całą sprawę i zmusza policję do wznowienia dochodzenia. Czy tym razem uda się dociec prawdy? A może jest pogrzebana zbyt głęboko, by prawdziwe okoliczności śmierci Isabel wyszły na jaw?

„Zatoka o północy” to historia przedstawiona z perspektywy trzech kobiet: Julie, Lucy i ich matki, Marii. Teraźniejszość przeplata się z retrospekcjami, dzięki którym mamy okazję cofnąć się do lata 1962 roku. Każda z nich poradziła sobie inaczej ze stratą, która dotknęła ich rodzinę. Julie, nawet czterdzieści lat po śmierci starszej siostry, nękana jest wyrzutami sumienia. Z odważnej i zadziornej dziewczynki zmieniła się w bojaźliwą kobietę, która pragnie przesadnie chronić wszystkich swoich bliskich. Przekonanie, że to ona doprowadziła do morderstwa Isabel, kładzie cień na jej relacje z rodziną. Lucy natomiast stała się wręcz nieustraszona: jako ośmiolatka w 1962 roku bała się niemalże wszystkiego, jednak po pamiętnych wakacjach przeszła całkowitą przemianę. Maria zdołała ułożyć sobie dalsze życie, lecz z powodu jej skrytości i niechęci do rozmów dotyczących bolesnych spraw, śmierć Izzy stała się tematem tabu. Kiedy mogłoby się wydawać, że każda z nich zaczęła sobie radzić na nowo, ponura zbrodnia po raz kolejny zagościła w ich codzienności.

Diane Chamberlain w swej najnowszej powieści nie skupia się jedynie na morderstwie, którego ofiarą padła młoda dziewczyna. Autorka zahacza również o problemy takie jak rasizm czy nastoletnia ciąża, co bardzo przypadło mi do gustu, gdyż było to znacznym urozmaiceniem lektury, a także okazją na chwilowe oderwanie się od głównego wątku. 

Choć jest to dość pokaźna lektura, czyta się ją w zastraszająco szybkim tempie. Zupełnie nie mogłam oderwać się od czytania, zresztą nie miała na to najmniejszej ochoty. Pisarka stopniowo odkrywa kolejne karty, dzięki czemu czytelnik może spróbować na własną rękę odkryć, kto tak naprawdę jest mordercą. Szybko zżyłam się z bohaterami „Zatoki o północy” i trzymałam kciuki, by pewne wydarzenia obróciły się na ich korzyść. Ich problemy, troski, a także chwile szczęścia błyskawicznie stały się moimi własnymi, przez co jeszcze trudniej było mi odłożyć książkę na półkę, gdy dotarłam już do ostatniej strony.

Z twórczością znanej pisarki zetknęłam się po raz pierwszy podczas lektury „Tajemnicy Noelle”. Wtedy nie byłam do końca zadowolona z lektury, jednak cieszę się, że postanowiłam dać autorce jeszcze jedną szansę. „Zatokę o północy” czytało mi się o niebo lepiej, poza tym odniosłam wrażenie, że to pozycja dużo bardziej przemyślana i staranniej skonstruowana. Tym razem zakończyłam lekturę z uczuciem satysfakcji, a nie, jak poprzednio, rozczarowania.

Chamberlain to nie druga Picoult, choć wiele osób niestrudzenie porównuje do siebie te dwie pisarki. Owszem, powieść spod pióra Diane Chamberlain wywołała we mnie sporo emocji, jednak Jodi Picoult potrafi wzbudzić we mnie prawdziwą burzę uczuć i nieokiełznany zamęt w głowie, czego nie zaznałam podczas lektury „Zatoki o północy”. Choć niewątpliwie uważam tę książkę za godną uwagi, to nie dorównuje ona do twórczości Picoult, która nie raz i nie dwa udowodniła, że swoimi powieściami potrafi do głębi wstrząsnąć czytelnikiem. Mimo wszystko warto dać Chamberlain szansę, ponieważ czas spędzony z „Zatoką o północy” na pewno nie będzie czasem straconym.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

C. W. Gortner - "Wyznania Katarzyny Medycejskiej"


Jak wiele jesteśmy w stanie zrobić, chcąc chronić to, co kochamy? Jak daleko możemy się posunąć? Jak wielkich poświęceń umiemy dokonać, nie zważając na konsekwencje? Czy są jakieś granice, kiedy w grę wchodzi miłość i walka o przetrwanie?

Katarzyna Medycejska, mając zaledwie czternaście lat, bierze ślub z następcą francuskiego tronu, Henrykiem II Walezjuszem. Dziewczyna z żalem opuszcza ukochane Włochy, choć właściwie nie ma domu, do którego mogłaby wrócić - jej rodzice zmarli, gdy była dzieckiem, a jakiś czas potem zajmująca się Medyceuszką ciotka podzieliła ich los. Małżeństwo Katarzyny i Henryka szybko okazuje się być związkiem, w którym najgorętszym uczuciem jest poczucie obowiązku, środkiem do uzyskania następcy tronu. Po śmierci męża na barki Medyceuszki spada zadanie utrzymania pokoju we Francji, co z czasem staje się coraz trudniejsze. Walki religijne, szerzące się na królewskich korytarzach intrygi i chęć zapewnieniu rodzinie i państwu bezpieczeństwa, popychają Katarzynę na skraj wytrzymałości.

Główna bohaterka powieści C. W. Gortnera zapisała się na kartach historii jako surowa władczyni, intrygantka i morderczyni. Już za życia owiana była złą sławą, a po śmierci opowieści o jej niecnych postępkach zostały spotęgowane. Oczerniana i nierozumiana, potępiana i darzona nienawiścią przez lud, swą śmiercią przyniosła poddanym tylko ulgę. Jaka była naprawdę? Co kierowało nią przy podejmowaniu decyzji? Czy krążące o Medyceuszce legendy mają potwierdzenie w rzeczywistości czy są jedynie bezpodstawnymi oskarżeniami? 

Katarzyna była niezwykle złożoną postacią, którą trudno opisać w kilku słowach. Swą wrażliwość ukrywała pod fasadą siły i odwagi. Niekochana przez męża, z podniesioną głową znosiła jego miłość do kochanki, Diany, która nie przepuszczała żadnej okazji, by upokorzyć rywalkę. Wielokrotnie musiała radzić sobie z przedwczesną stratą dzieci lub poronieniami. Gdy wydawało jej się, że w końcu znalazła osobę, która jest godna jej uczuć, została zdradzona i zlekceważona. Życie jej nie oszczędzało, niejednokrotnie rzucając kłody pod nogi.

To właśnie Medyceuszce przypisuje się odpowiedzialność za rzeź, która miała miejsce podczas nocy św. Bartłomieja, a także zabójstwo Joanny Nawarskiej oraz Gasparda Coligny'ego. Podobno Katarzyna nie wahała się przed pozbyciem się dworzan, którzy nie okazali jej poparcia, a jeżeli wierzyć plotkom, przyłożyła rękę do śmierci dwóch synów. Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, czy przypisywane jej czyny są prawdziwe, lecz nie sądzę, by to ona stała za tymi wzbudzającymi grozę występkami. Z „Wyznań Katarzyny Medycejskiej” wyłania się władczyni o wielkim sercu, pragnąca pokoju, matka pięciorga dzieci, którym musiała zapewnić dobrobyt i bezpieczeństwo. Choć nie była postacią bez skazy, historie na jej temat wydają się być przesadzone, co podkreślali ludzie, będący jej bliscy za życia. 

Medyceuszka rzeczywiście była zafascynowana okultyzmem, a jej „widzenia” zostały udokumentowane przez rodzinę. Kobieta utrzymywała kontakt z Nostradamusem, przez pewien czas przyjmując rolę jego patronki. Katarzyna pokładała wielką wiarę w astrologii i horoskopach, powierzając rolę jasnowidza młodemu mężczyźnie z jej ojczystego kraju, Kosmie Ruggieriemu, który, stąpając po cienkim lodzie, w końcu przekroczył granicę dobra i zła, co doprowadziło do wydarzeń tragicznych w skutkach.

C. W. Gortner kreśli nad wyraz malowniczy obraz epoki, wiernie oddając fakty z życia niezwykłej kobiety, którą była Katarzyna Medycejska. „Wyznania...” czyta się lepiej niż niejeden kryminał, i naprawdę nie sposób odłożyć tę książkę na półkę, zanim dotrze się do ostatniej strony. Mogę jedynie gorąco polecić wszystkim twórczość Gortnera, gdyż po raz kolejny udowodnił, że można na niej polegać w ciemno.

wtorek, 6 sierpnia 2013

Hanna Cygler - "Tryb warunkowy"


Każdy z nas poszukuje swojego miejsca na ziemi: miłości, przyjaciół, zajęć, które będą sprawiać przyjemność. Opuszczamy rodzinne gniazda, usamodzielniamy się, szukamy własnej drogi. Nie jest to łatwe zadanie - zwłaszcza, gdy ważne życiowe decyzje podejmujemy zaślepieni pierwszą miłością.

Zosia Knyszewska do osiemnastoletnia gdańszczanka. Dziewczyna od najmłodszych lat darzy silnym uczuciem swojego starszego o dziewięć lat kuzyna, Marcina, który jednak traktuje ją jedynie jak dobrą przyjaciółkę i siostrę. Za jego namową młoda kobieta postanawia spróbować sił w anglistyce i udaje jej się dostać na uniwersytet w Warszawie. Zosia jest pewna, że w stolicy rozwinie skrzydła, a obojętny do tej pory na jej miłość kuzyn przejrzy na oczy. Niestety, marzenia osiemnastolatki szybko tracą rację bytu, gdyż tuż po ogłoszeniu wyników rekrutacji (Knyszewska oficjalnie zostaje studentką), Marcin oświadcza kuzynce, iż za parę miesięcy bierze ślub z niedawno poznaną dziewczyną, Aliną. Serce Zosi zostaje złamane, lecz dziewczyna postanawia wziąć się w garść i ułożyć sobie życie bez ukochanego - łatwiej powiedzieć, niż zrobić...

Już od dawna chciałam zapoznać się z twórczością Hanny Cygler. Ostatecznie wybór padł na „Tryb warunkowy” - niezbyt obszerna powieść o przyciągającej wzrok, delikatnej okładce dawała nadzieję na przyjemną lekturę idealną na upalne popołudnie. Otworzyłam książkę i... przepadłam, uważnie śledząc perypetie miłosne i pokręcone sytuacje, w których centrum znajdowała się młoda studentka anglistyki.

Debiut polskiej autorki to pełna humoru historia, która z miejsca poprawia nastrój. Zupełnie nie spodziewałam się, że pozornie zwykłe losy dorastającej dziewczyny tak mnie wciągną - „Tryb warunkowy” przeczytałam w kilka godzin, przez co później żałowałam, iż nie podzieliłam sobie jakoś rozsądniej lektury. Styl Hanny Cygler jest przyjemny w odbiorze, a przedstawiane przez nią wydarzenia bywają zupełnie nieprzewidywalne, jak to w życiu bywa.

Zosia Knyszewska to sympatyczna postać, z którą dość łatwo się utożsamić, choć muszę przyznać, że momentami irytowało mnie jej niemalże bezgraniczne oddanie Marcinowi, poza tym jednak nie mogę powiedzieć o niej złego słowa. Mamy okazję towarzyszyć studentce na przestrzeni kilku lat, śledzić zawirowania i zawody zarówno miłosne, jak i te dotyczące przyjaźni. Młoda kobieta zmienia się z każdym kolejnym rokiem, dojrzewa, porzuca nastoletnią naiwność. Jej drogę przecina wiele osób, które w ten czy inny sposób wywierają na nią wpływ, a różnego rodzaju wydarzenia kształtują ją na dorosłą kobietę, którą się staje.

Ciekawym rozwiązaniem jest osadzenie akcji w drugiej połowie dwudziestego wieku, a dokładniej w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Choć klimat nie został do końca oddany, przez co momentami można zapomnieć, że sytuacje mające miejsce w powieści dzieją się w przeszłości, to ważniejsze wydarzenia historyczne nie przechodzą tu bez echa, oddziałując na głównych bohaterów „Trybu warunkowego”.

Było to moje pierwsze spotkanie z Hanną Cygler, jestem jednak pewna, że nie ostatnie. Przyjemnie spędziłam czas z Zosią i pozostałymi postaciami i nie mogę się już doczekać chwili, gdy sięgnę po drugi tom serii - oby utrzymał poziom.

Tryb warunkowy | Deklinacja męska/żeńska | Przyszły niedokonany

niedziela, 4 sierpnia 2013

Charlaine Harris - "Martwy aż do zmroku"


Od kiedy Japończycy wynaleźli syntetyczną krew, wampiry wyszły z cienia i zaczęły żyć wśród ludzi. Społeczeństwo szybko podzieliło się na kilka grup: miłośników takich stworzeń, zagorzałych przeciwników i tych z neutralnym nastawieniem. Jedną z osób zafascynowanych wampirami jest Sookie Stackhouse, kelnerka w barze w Bon Temps, małym miasteczku z rodzaju tych, w którym wszyscy się znają. Do młodej kobiety przylgnęła etykietka delikatnej, cnotliwej i nieco opóźnionej w rozwoju, ponieważ Sookie ma pewien dar - czy raczej przekleństwo: potrafi czytać w myślach ludzi. Bombardujące kelnerkę z każdej strony nieproszone przemyślenia sprawiły, iż większość znajomych trzyma ją na dystans lub traktuje ją jako nieszkodliwą osóbkę bez piątej klepki. Gdy w barze po raz pierwszy pojawia się wampir Bill, Sookie nie umie poznać jego myśli i czuje w jego towarzystwie zbawienną ciszę. Między nią o nowo przybyłym szybko rodzi się uczucie, jednak czy ma ono rację bytu?

Początki z „Martwym aż do zmroku” nie należały do najłatwiejszych. Dopiero po kilkudziesięciu stronach wciągnęłam się w przedstawioną przez Charlaine Harris historię, choć już na wstępie trzeba zaznaczyć, że z pewnością nie jest to literatura z górnej półki. Właściwie nie jest to też szczególnie przyjemne czytadło, jednak zdecydowanie ma coś w sobie.

Sookie Stackhouse to niezwykle irytująca główna bohaterka. Jej głębokie „przemyślenia” wielokrotnie sprawiały, że miałam ochotę odłożyć tę książkę na bok i już do niej nie wracać. Słownictwo używane przez kobietę momentami jest dość dziwne, zupełnie, jakby była ona po sześćdziesiątce, co czasem wybijało mnie z rytmu. Denerwowały mnie też pojawiające się co jakiś czas wstawki w rodzaju „może i jestem niewykształcona, ale nie jestem głupia”, czy też „to, że nie mam wykształcenia, nie znaczy, że nie jestem oczytana”, i tak dalej - tak, jakby autorka na siłę starała się przekonać czytelnika o inteligencji Sookie, której osobiście raczej się nie dopatrzyłam. Jednak nie tylko wewnętrzne monologi głównej bohaterki sprawiają wrażenie sztywnych, to samo tyczy się dialogów. Chwilami są tak sztuczne, że to aż niewiarygodne. 

Autorka wplotła w tę historię także wątek kryminalny, co moim zdaniem wpłynęło na jej korzyść. Gdyby nie to, „Martwy aż do zmroku” najprawdopodobniej skupiałby się wyłącznie na rozterkach Sookie i opisach jej miłosnych uniesień. Morderstwa i poszukiwania zabójcy wprowadziły element grozy i tajemnicy, dzięki czemu poszczególne wątki śledziłam z większym zainteresowaniem. Główna bohaterka szybko znajduje się na celowniku mordercy, i niestety chyba poczułabym ulgę, gdyby padła jego ofiarą, bo jej głupotę naprawdę ciężko znieść, jednak wtedy nie mogłyby powstać kolejne tomy serii.

Opisane w powieści przygody Stackhouse znałam już z emitowanego przez HBO serialu „Czysta krew”. W książce bardzo brakowało mi wyszczekanej Tary czy też zapadającego w pamięć Lafayette'a, który w papierowej wersji jest zaledwie bladą wersją siebie z serialu. Muszę przyznać, że wyjątkowo ekranizacja podoba mi się o wiele bardziej, a na pierwowzorze nieco się zawiodłam.

Mimo wszystko „Martwy aż do zmroku” to całkiem niezła lektura na wakacje, dzięki której można oderwać się od codzienności i skupić się na „problemach” Sookie Stackhouse (zapewniam, nie są one zbyt skomplikowane). To książka z rodzaju „przeczytać i zapomnieć”, jednak ostatecznie przyjemnie spędziłam z nią czas. Na drugi tom prawdopodobnie się skuszę, lecz nie spodziewam się po nim niczego więcej, niż tylko kilku godzin niewymagającej rozrywki.

Martwy aż do zmroku | U martwych w Dallas | Klub martwych | Martwy dla świata | Martwy jak zimny trup | Definitywnie martwy | Wszyscy martwi razem | Gorzej niż martwy | Martwy i nieobecny | Dotyk martwych | Martwy w rodzinie | Martwy wróg | Pułapka na martwego

Wyzwanie: Czytam fantastykę

czwartek, 1 sierpnia 2013

Jodi Picoult - "Krucha jak lód"


Kiedy kogoś kochamy, nie przykładamy większej wagi do jego wad, a skupiamy się na zaletach i powodach, dla których obdarzyliśmy daną osobę uczuciem. Nie oznacza to, że jesteśmy ślepi na drobne skazy w wyglądzie czy zachowaniu kochanego człowieka, jednak nie mają one dla nas większego znaczenia, bo nikt nie jest idealny, a darzymy kogoś miłością za to, jaki jest, choć bez wątpienia życzymy tej osobie jak najlepiej: chcemy, by była zdrowa, szczęśliwa. Przyszli rodzice chcą tylko tego: by dziecko, na które czekają, cieszyło się dobrym zdrowiem i nie musiało znosić w swoim życiu zbyt wiele bólu czy nieszczęść. Wiadomo jednak, że to życzenie nie zawsze się spełnia, a na świat przychodzą dzieci o różnych wadach genetycznych lub upośledzeniach. Nadal są one kochane przez swoich rodziców... prawda?

Willow O'Keefe to pozornie zwyczajna pięciolatka: chodzi do przedszkola, lubi oglądać telewizję, słuchać bajek opowiadanych przez mamę i kłócić się ze starszą siostrą. Tylko że jest coś, co drastycznie odróżnia ją od rówieśników: dziewczynka choruje na osteogenesis imperfecta, czyli wrodzoną łamliwość kości. Nawet codzienne, banalne czynności mogą sprawić, że któraś z kości ulegnie złamaniu, a zamiast popołudnia spędzonego na zabawie Willow znajdzie się w szpitalu. Wystarczy, że kichnie, potknie się o dywan, ktoś przytuli ją odrobinę zbyt mocno - trzask, kolejny gips, kolejne złamanie. Z powodu swojej przypadłości pięciolatka jest wykluczona z wielu zajęć typowych dla dzieci w jej wieku, dlatego też spędza sporo czasu na czytaniu i poznawaniu nieznanych przez większość społeczeństwa faktów. Rodzice Willow, Sean i Charlotte, ledwo wiążą koniec z końcem, bo zabiegi, rehabilitacje i profesjonalny sprzęt pochłaniają niemal wszystkie ich oszczędności, a w końcu mają też drugą córkę, Amelię, która również ma swoje potrzeby. Całkiem przypadkiem małżeństwo dowiaduje się, że mogliby uzyskać odszkodowanie za niedobre urodzenie, ponieważ choroba Willow nie została rozpoznana przez lekarza już w osiemnastym tygodniu ciąży, choć było to możliwe. Tyle że rozprawa wymagałaby wyznania od Charlotte i Seana, że gdyby wiedzieli odpowiednio wcześnie o osteogenesis imperfecta, dokonaliby aborcji... a do sądu musieliby podać ich dobrą przyjaciółkę, ponieważ to ona prowadziła ciążę Charlotte.
„Świat byłby o wiele prostszy, gdyby zamiast szafować nadwyżkowymi sylabami, ludzie mówili po prostu, o co im chodzi. Słowa tylko przeszkadzają. Tego, co czujemy najmocniej (...) nie ubieramy w zdania.”
Im więcej poznaję książek autorstwa Jodi Picoult, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie trafiła do grona moich ulubionych pisarek bez powodu. Każda z jej powieści wywołuje burzę myśli i emocji, zmusza do zastanowienia się nad poruszanym przez nią tematem. „Krucha jak lód” idealnie wpasowuje się w ten schemat, a moje myśli wciąż jeszcze krążą wokół Willow.

Charlotte i Sean stają przed trudnym wyborem: złożyć pozew do sądu czy nie? Jeżeli to zrobią, ich najmłodsza córka będzie słyszała w radiu i telewizji, że jest niekochana przez swoich rodziców, a gdyby dano im prawo wyboru, usunęliby ciążę. Zaczną pojawiać się na okładkach gazet, nie opędzą się od oceniających i pogardliwych spojrzeń. Musieliby wnieść sprawę przeciw Piper, najlepszej przyjaciółce Charlotte. Tylko że wtedy mogliby zapewnić Willow należytą opiekę zdrowotną, nie musieliby żyć z niepokojem, że wkrótce nie będą w stanie kupić dziewczynce sprzętu, którego potrzebuje do dalszego rozwoju. Oboje bardzo kochają swoją córkę i postanawiają zrobić dla niej wszystko, co tylko mogą, by dać jej szansę na dobre życie. Jednak czy tak kontrowersyjna sprawa w sądzie będzie krokiem w tym właśnie kierunku, czy też w zupełnie innym?

Bohaterką, której zachowanie wręcz spędzało mi sen z powiek, była Charlotte. Już dawno nie darzyłam tak wielką niechęcią jakiejś postaci literackiej. Kobieta chciała wręcz obsesyjnie pomóc córce w otrzymaniu pieniędzy z odszkodowania, nie zwracając tym samym uwagi na to, kogo rani po drodze. Nawet, gdy sytuacja w jej rodzinie z dnia na dzień zaczęła przedstawiać się coraz bardziej nieciekawie, nie odpuściła, uparcie dążąc po trupach do celu. Jasne, takie zachowanie przy odrobinie dobrych chęci można by uznać za godną podziwu determinację i wytrwałość, lecz równocześnie Charlotte krzywdziła też osobę, której chciała pomóc: Willow. Chyba nikt nie chciałby usłyszeć, że z powodu czegoś, na co nawet nie ma wpływu, nie powinien był się urodzić, nawet jeśli miałoby to być kłamstwo. Podejmowane przez kobietę decyzje doprowadzały mnie do szewskiej pasji, a jej postępowanie wielokrotnie zakrawało o ironię, gdy mówiła jedno, robiła drugie, a myślała trzecie. No i podanie do sądu najlepszej przyjaciółki - dla mnie rzecz zupełnie nie do pomyślenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Charlotte często powtarzała, iż chce urodzić drugie dziecko za wszelką cenę. Składając pozew do sądu kobieta nie myślała o nikim, oprócz Willow, przez co najwidoczniej zapomniała, że ma jeszcze jedno dziecko: Amelię (swoją drogą to moja ulubiona postać w tym utworze), której całą sytuacją przysporzyła wiele cierpienia. Nie poświęcała jej czasu ani uwagi, nie zastanowiła się nawet przez chwilę, co jej starsza córka będzie przeżywać w szkole, gdy proces się zacznie. Momentami miałam ochotę potrząsnąć Charlotte albo najlepiej udusić własnymi rękami.

Moje nastawienie do jednej z głównych bohaterek nie zmieniło jednak faktu, że bardzo przeżywałam lekturę i nie mogłam się od niej oderwać, nawet wtedy, gdy zegar pokazywał drugą w nocy, a oczy same mi się zamykały. Wciąż zadawałam sobie pytanie, co ja zrobiłabym na miejscu rodziców Willow i do tej pory nie znalazłam na nie dobrej odpowiedzi. Natomiast zakończenie po prostu wbija w fotel i muszę przyznać, że zupełnie nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. Niezwykła historia, daje do myślenia i jeszcze na długo pozostawia z kompletnym mętlikiem w głowie.

wtorek, 30 lipca 2013

Joanna M. Chmielewska - "Karminowy szal"


Każdy z nas skrywa jakiś sekret. Nieważne - mniejszy, czy większy, lecz każdy ma jakąś tajemnicę, której nie powierzyłby nikomu. Co jednak, jeśli demony z przeszłości nie opuszczają cię nawet po wielu latach? Czy jest jakiś sposób, by jakaś ukrywana, wyparta z pamięci sytuacja z dzieciństwa przestała wpływać na późniejsze życie?

Marta, Maria i Magdalena niegdyś były najlepszymi przyjaciółkami. Uczęszczały wspólnie do szkoły z internatem połączonej z ośrodkiem dla dzieci z zaburzeniami zdrowotnymi. Szybko odnalazły wspólny kontakt, który jednak zerwał się po ukończeniu edukacji. Mijają lata, każda z kobiet układa sobie jakoś życie, choć nie do końca tak, jakby tego chciały. Po pewnym czasie ich drogi ponownie schodzą się w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem. Dawne przyjaciółki, wspominając czasy podstawówki przy grzanym winie, odkrywają, że wspólnie dzielą sekret, z którego nie zwierzyły się dotąd nikomu. Postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce i wspólnie zakończyć przykry rozdział z dzieciństwa, kładący się cieniem na szkolne wspomnienia. Czy przyniesie to oczekiwane ukojenie? A może wręcz przeciwnie, rozdrapana rana stanie się jeszcze bardziej bolesna?

Z twórczością Joanny M. Chmielewskiej miałam okazję zetknąć się rok temu, gdy w moje ręce trafiła książka „Sukienka z mgieł”. Choć zazwyczaj podchodzę raczej nieufnie do powieści napisanych przez polskich autorów, przyciągająca wzrok okładka i ciekawy opis zrobiły swoje, wobec czego postanowiłam dać szansę rodzimej pisarce. Lektura okazała się być nadzwyczaj satysfakcjonująca, a ja z niecierpliwością wyglądałam kolejnego tomu. A teraz żałuję, że tak szybko go przeczytałam.

Cecha charakterystyczna utworów autorstwa Joanny M. Chmielewskiej to panujący w nich optymizm. Nie znaczy to, że są one kompletnie oderwane od rzeczywistości, jednak podczas lektury nie można nie odnieść wrażenia, że emanuje z nich ciepło i nadzieja. „Karminowy szal” zaczęłam czytać w dość kiepskim nastroju, a skończyłam z uśmiechem na ustach i w naprawdę dobrym humorze. Powrót do Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem jest niczym założenie ulubionego swetra w chłodny wieczór, a wszystko za sprawą niepowtarzalnego klimatu panującego w książce.

Oprócz głównego wątku powieści, każda z bohaterek zmaga się z własnymi problemami. Magda, obawiając się bólu i odrzucenia, całe życie angażowała się jedynie w związki bez zobowiązań, odchodząc, gdy sprawy zaszły za daleko. Choć powoli zaczyna jej brakować stałości, kobieta chce oszczędzić sobie cierpienia, które według niej jest synonimem miłości. Maria w zasadzie nigdy nie zaznała domowego ciepła - nigdy nie zdołała zyskać aprobaty ojca, lekarza wojskowego, który wolałby mieć syna zamiast wrażliwej córki, a podejmowanie własnych, niezależnych decyzji pozostawało poza jej zasięgiem. Jako osoba dorosła stała się raczej zamknięta w sobie, niezwykle obowiązkowa, nie potrafi zdobyć się na spontaniczność. Gdy na swej drodze spotyka tajemniczego pisarza, postanawia wyjść ze swej skorupy i walczyć o rodzące się między nimi uczucie. Marta jako młoda dziewczyna zaliczyła „wpadkę” i tak też wylądowała w nie do końca szczęśliwym małżeństwie. Dwójka dzieci oraz mąż, z którym ma coraz mniej wspólnego zmuszają ją do tego, by zastanowić się nad swym dotychczasowym życiem. 

Utwory dotyczące Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem stanowią serię, jednak bez najmniejszego problemu można je czytać oddzielnie, ponieważ każdy z nich ma innych bohaterów i wątek przewodni, choć postaci znane z poprzednich tomów co jakiś czas przewijają się w tle. Z łatwością jednak można odnaleźć się w fabule, a nieznajomość wcześniejszych części nie stanowi żadnej przeszkody.

„Karminowy szal” to udana kontynuacja „Poduszki w różowe słonie” oraz „Sukienki z mgieł”. Przepełniona optymizmem i humorem powieść jest idealnym sposobem na poprawę humoru. Pobyt w Piwnicy pod Liliowym Kapeluszem to świetna forma spędzenia wolnego czasu - osobiście mam nadzieję, że wpadnę tam jeszcze nie raz.

Poduszka w różowe słonie | Sukienka z mgieł | Karminowy szal

niedziela, 28 lipca 2013

Stephen King - "Misery"


Paul Sheldon to poczytny autor, któremu sławę przyniosła seria romansów z Misery Chastain w roli głównej bohaterki, uwielbiana przez rzeszę wiernych czytelniczek. Pisarz nie może już znieść nudnej postaci, dlatego w ostatnim tomie cyklu postanawia ją uśmiercić i raz na zawsze uwolnić się od etykietki autora cukierkowych romansów - Paul chce zająć się nieco ambitniejszą literaturą, której docelową grupą odbiorców nie będą gospodynie domowe z duszami romantyczek. Pewnego dnia, po ukończeniu swojej najnowszej powieści o tytule „Szybkie samochody”, Sheldon - nieco pijany - wsiada za kierownicę samochodu, a wypad do Nowego Jorku kończy się poważnym wypadkiem, którego wynikiem są strzaskane nogi i koszmarny ból. Jednak zamiast w szpitalu, pisarz budzi się w domu Annie Wilkes, nazywającej się jego „najwierniejszą wielbicielką”. Nie informując o tym nikogo, wyciągnęła rannego Paula z rozbitego auta, po czym przeniosła go do swojego domu. Jak się okazuje, Annie nie do końca można nazwać osobą zdrową na umyśle, choć bez wątpienia jest oddaną fanką romansów napisanych przez Sheldona. Tyle że ostatni tom jeszcze przed nią - a wraz ze śmiercią Misery rozpęta się prawdziwe piekło. Gdy Annie dociera do ostatniej strony, wpada w prawdziwy szał. Zmusza Paula, by pod jej dyktando napisał kolejną część o przygodach jej ukochanej bohaterki, a nieposłuszeństwo jest gotowa surowo karać. Sheldon szybko orientuje się, że każde napisane przez niego słowo coraz bardziej przybliża go strasznego finału...

Ze Stephenem Kingiem spotkałam się do tej pory tylko raz, czytając parę lat temu jedną z jego najpopularniejszych książek: „Carrie”. Nie była to lektura, która jakoś szczególnie mnie zachwyciła, a z całą pewnością nie sprawiła, że zrozumiałam fenomen tego autora. Mimo wszystko postanowiłam dać Kingowi kolejną szansę, ulegając zachwytom i namowom znajomych. I ogromnie cieszę się, że nie skończyłam swojej przygody z pisarzem grozy na „Carrie” - „Misery” to prawdziwa jazda bez trzymanki, prowadząca do zaskakującego zakończenia.

Chyba jeszcze nigdy nie miałam okazji zetknąć się z taką powieścią. Gdyby ktoś poprosił mnie o opisanie jej jednym słowem, jestem pewna, że do głowy przyszedłby mi przede wszystkim wyraz „szalona”. Ta książka jest po prostu absolutnie zwariowana, wymykająca się tym samym wszelkim ramom. Nie da się przewidzieć kompletnie żadnego wydarzenia, głównie z powodu nieobliczalnego zachowania Annie, która nie cofnie się kompletnie przed niczym, ale także za sprawą Paula, będącego powoli uzależnianym przez „wybawicielkę” od środków odurzających uśmierzających ból. Sheldon stopniowo poddaje się szaleństwu panującemu w domu Wilkes, choć stara się zachować rozsądek. 

„Misery” to książka, która bywa bez mała przerażająca, lecz także trochę obrzydliwa i momentami okraszona czarnym humorem. Nie zmienia to jednak faktu, że nie sposób oderwać się od lektury. Fascynacja psychopatycznym zachowaniem Annie jest zbyt duża, by można było spokojnie odłożyć tę pozycję na półkę. Zachowania Wilkes nie można przewidzieć: z kobiety o troskliwym, matczynym uśmiechu potrafi w sekundę przeistoczyć się w niebezpieczną i nieobliczalną osobę. Najlepsze w tym wszystkim jest to, iż Annie żyje w przekonaniu, że jej zachowania i reakcje są jak najbardziej normalne, a przykładowo kuracja wliczająca picie mydlin czy zgniatanie kolana jest najzwyczajniej w świecie skuteczna.
czyż z tej naszej Annie nie jest
przesympatyczna osóbka? ;)

Podczas wizyt Annie w zamkniętym na cztery spusty pokoju Sheldona udzielała mi się jego nerwowość; niecierpliwie przekręcałam kolejne strony, by dowiedzieć się, w jakim nastroju jest dziś była pielęgniarka: poda śniadanie, lekarstwa i czule się uśmiechnie, czy raczej zacznie wcielać swoje groźby w czyn i karać Paula za wyimaginowane wykroczenia? Niestabilność psychiczna Wilkes sprawiała, że potrafiła zostawić swojego „pacjenta” samego w pustym domu, przykutego do łóżka, bez picia, jedzenia i leków nawet na kilkadziesiąt godzin z przekonaniem, iż w zasadzie nic mu nie grozi. W czasie późniejszych, sporadycznych eskapad Paula po mieszkaniu w jednej z takich sytuacji, wręcz czułam oddech Annie na plecach i trzymałam kciuki, by nie przyłapała pisarza na gorącym uczynku. 

Oprócz świetnie przedstawionej postaci niestabilnej psychicznie Annie, kreacja Sheldona również zasługuje na uznanie. Targające nim rozterki, ogarniający go strach i ból czy walka między pragnieniem śmierci a nadzieją na dalsze życie zostały przedstawione w mistrzowski sposób. Bez problemu można zrozumieć jego postępowanie, a wczucie się w jego skórę również nie stanowi większej trudności (choć to akurat niekoniecznie jest zaletą, zwłaszcza, gdy Wilkes przychodzą do głowy jakieś makabryczne kary).

„Misery” to książka, której jeszcze długo nie wyrzucę z pamięci i polecam ją zarówno wielbicielom twórczości Stephena Kinga, jak i tym niemającym z nią wcześniej styczności. Odradziłabym tylko czytanie jej w nocy - ja niestety tak zrobiłam, co zakończyło się wieloma nieprzespanymi godzinami i przekonaniem, że Annie czai się za drzwiami mojego pokoju. Zresztą, kto wie...

piątek, 26 lipca 2013

Denise Kiernan - "Dziewczyny atomowe"


Wojna - niby jedno, zwykłe słowo, a zawiera w sobie tak wiele innych. Rozdzielone rodziny, głód, walka o przetrwanie, poświęcanie własnego życia w imię ojczyzny, umierający bliscy. Na sam dźwięk tego wyrazu do głowy przychodzą najróżniejsze skojarzenia, z których żadno z nich nie ma zabarwienia pozytywnego: jest tylko krew, rozpacz i strach o każdy kolejny dzień.

Celia Szapka, Toni Peters, Jane Greer, Kattie Strickland, Virginia Spivey, Colleen Rowan, Dorothy Jones, Helen Hall i Rosemary Maiers. Początkowo nic nie łączyło tych dziewięciu kobiet, może poza tym, że wszystkie żyły w czasie trwania II wojny światowej i wszystkie chciały, by jak najszybciej dobiegła ona końca. Z tego powodu, gdy zostały zaproszone do pracy przy owianym tajemnicą Projekcie w Oak Ridge, który miał przyspieszyć wygranie wojny, żadna z nich nie wahała się ani chwili. Choć nie miały pojęcia, gdzie jadą, co będą tam robić, ani jakie warunki zastaną na miejscu, wsiadły do pociągu, mającego zabrać je w nieznane. Opuściły swoje rodziny, by w ten czy inny sposób przyczynić się do zakończenia wojny, powodującej tak wiele strat zarówno fizycznych, jak i psychicznych.

Denise Kiernan to pisarka i dziennikarka. Praca nad „Dziewczynami atomowymi” zajęła jej siedem lat żmudnej i ciężkiej pracy, wypełnionych zbieraniem materiałów oraz rozmowami z osobami, które posiadały jakąś wiedzę na temat działającego w latach czterdziestych dwudziestego wieku ośrodka w Tennessee. Jej powieść została oparta na faktach i opowiada rzeczywiste losy naprawdę istniejących osób, wykonujących ściśle tajne zadanie w czasie trwania wojny.

Główne bohaterki książki niezwykle różnią się od siebie, jednak mają wspólnych kilka cech: są odważne, silne, każda z nich posiada silne uczucie patriotyzmu. To, co zaimponowało mi w nich najbardziej, to to, że potrafiły bez cienia żalu porzucić dotychczasowe życie, ponieważ wiedziały, że zadanie, które na nie czeka, jest czymś niezwykle ważnym, jeżeli chodzi o wojnę. Niektóre wyjeżdżały do Oak Ridge także z nadzieją na lepsze niż dotychczas życie czy pracę, innymi kierowało przede wszystkim silne poczucie obowiązku i chęć ponownego zobaczenia krewnych biorących udział w tej nie kończącej się wojnie. Faktem pozostaje, że Celia, Toni, Jane, Helen, Virginia, Kattie, Rosemary, Dorothy i Colleen trwale zapisały się na kartach historii, której część pozostawała do tej pory w dużej mierze zagadką.

„Dziewczyny atomowe” są niezwykle dopracowaną powieścią i już na pierwszy rzut oka widać, że autorka poświęciła wiele czasu na zajęcie się nawet tymi drobnymi szczegółami. Wyłonił się z tego pewien minus, przynajmniej dla mnie. Szczegółowe opisy dotyczące powstawania bomby, promieniowania, pierwiastków i tym podobnych, były dla mnie najbardziej nużącymi fragmentami utworu. Chemia nigdy nie należała do ścisłego kręgu moich zainteresowań, dlatego też elementy dotyczące tego zagadnienia nie wzbudziły we mnie większej ciekawości. Z o wiele większym zainteresowaniem śledziłam losy mieszkańców ośrodka, choć osoby lubiące ten dział chemii miałyby pewnie trochę inne zdanie na ten temat.

Kiernan zadbała też o inny aspekt utworu, mianowicie kilkukrotnie przytoczone są uwagi psychiatry, obserwującego życie ludzi przebywających w Oak Ridge. Gdyby nie to, prawdopodobnie nie poświęciłabym większej uwagi na zastanawianie się, jak musiało działać mieszkanie w ośrodku, gdzie znajdowało się kilkaset obcych sobie osób. W pokojach pojedynczych często mieszkało kilka kobiet czy mężczyzn, zdarzyło się parę przypadków ludzi, którzy w rezultacie odchodzili od zmysłów. Jednocześnie cała ta sytuacja powodowała szybkie zawiązywanie się przyjaźni, które w innych okolicznościach pewnie nie miałyby racji bytu.

To po prostu prawdziwa historia zwyczajnych kobiet, które dokonały czegoś niezwykłego. To opowieść o ludziach, którzy poza pracą nad tajnym projektem zajmowali się też normalnym życiem, robili zakupy, chodzili na tańce czy zakochiwali się po raz pierwszy. Sprawia to, że tym bardziej można odczuć, iż bohaterki „Dziewczyn atomowych” to osoby niewiele różniące się od nas. Równocześnie musiały one zadbać o stanie na straży tajności Projektu, nie mogły rozmawiać na jego temat z bliskimi, nawet tymi, którzy również pracowali w Oak Ridge. Powodowało to pewne bariery, czy to w małżeństwach, przyjaźniach, czy przelotnych znajomościach. Listy do rodzin były cenzurowane, a za złamanie nakazu milczenia groziła wysoka kara.

Autorka zabiera czytelnika kilkadziesiąt lat wstecz, tworząc przy tym klimat tamtych czasów. Losy tytułowych kobiet warto poznać, by przekonać się, czego są w stanie dokonać typowi obywatele w tak niecodziennych okolicznościach. To część historii, którą po prostu warto poznać.

środa, 24 lipca 2013

Richelle Mead - "Kroniki krwi"


Musisz strzec tajemnicy ich istnienia za wszelką cenę. Ludzie nie mogą się dowiedzieć, że istoty znane im przede wszystkim z filmów czy książek tak naprawdę żyją tuż obok nich. Cała twoja egzystencja z góry została poświęcona temu zadaniu. Starasz się wypełniać je jak najrzetelniej, jednak wpojona od dziecka dyscyplina nie pozwala ci zapomnieć o najważniejszej zasadzie: nigdy nie zadawać się z wampirami.

Sydney Sage to alchemiczka, należąca do tajnej organizacji, której głównym celem jest ukrywanie przed ludźmi istnienia wampirów. Do jej głównych zadań należy zacieranie śladów pozostawianych przez te stworzenia, a także stanie na straży równowagi między tymi dwoma, jakże odmiennymi światami. Z tłumu alchemików wyróżnia złoty tatuaż w kształcie lilii, znajdujący się na policzku, będący nie tylko znakiem rozpoznawczym, lecz także pewnego rodzaju ochroną, zapewniającą silniejszą odporność i nieco dłuższe życie, niż w przypadku zwykłych śmiertelników. Po tym, jak Sydney pomogła Rose Hathaway, uznanej przez społeczność wampirów za królobójczynię, alchemiczka popadła w niełaskę, przez co jej przyszły los stał się wielką niewiadomą. Chcąc udowodnić swą lojalność, a także chronić młodszą siostrę przed pozbawionym wolności losem alchemiczki, dziewczyna wyrusza w misję, polegającą na ochronie morojskiej księżniczki, Jill Dragomir, na której życie czyhają zamachowcy. Zadanie nie będzie łatwe, lecz Sydney wie, że nie może zawieść: stawka nie toczy się tylko o los Jill, ale również jej własny.
„- Poza tym wiedziałam, że nie poczujesz wyrzutów sumienia, gdy będziesz włamywał się do cudzego mieszkania.
- To najmilsza rzecz, jaką od ciebie usłyszałem - skwitował z uśmiechem.”
Richelle Mead to autorka wielu serii, jednak tą najbardziej znaną jest chyba Akademia Wampirów, traktująca o dampirzycy Rose i jej najlepszej przyjaciółce, morojce Wasylissie. „Kroniki krwi” rozpoczynają kolejny cykl, silnie łączący się właśnie z Akademią Wampirów. Sydney Sage pojawiła się już w kilku częściach serii poprzedzającej „Kroniki krwi”, i choć zdążyłam już ją polubić, nie byłam do końca pewna, czy sympatia utrzyma się, gdy alchemiczka stanie się główną bohaterką. Rose wydawała mi się być postacią wręcz niezastąpioną, i prawdę mówiąc nie potrafiłam wyobrazić sobie, by Sydney okazała się narratorką choć trochę dorównującą Hathaway. Pomimo moich początkowych obaw, ostatecznie okazało się, że alchemiczka to godna następczyni Rose, bo choć pozornie wygląda na to, że obie ogromnie się od siebie różnią, tak naprawdę są do siebie bardziej podobne, niż to widać na pierwszy rzut oka.

Podobnie jak w przypadku wspomnianej przeze mnie wcześniej Akademii Wampirów, „Kroniki krwi” również czyta się w zastraszająco szybkim tempie. Niewątpliwie wpływ na to ma styl Richelle Mead, lekki i przyjemny w odbiorze, a równocześnie mający w sobie coś specyficznego. Akcja wciąż mknie do przodu, a rozdziały kończą się w taki sposób, że odłożenie książki staje się nie lada wyzwaniem, zaś wszystkie obowiązki i zajęcia typu sen zostają zepchnięte na dalszy plan. W zasadzie ciągle coś się dzieje, a Sydney wciąż ma ręce pełne roboty, jednak nie jest to męczące, a autorka daje czytelnikowi kilka chwil na wytchnienie. 

W utworze pojawia się wielu bohaterów, ale niektórzy są już znani z serii poprzedzającej „Kroniki krwi”. Jednymi z takich postaci są Abe Mazur czy Rose Hathaway, jednak pojawiają się oni tylko epizodycznie, co trochę mnie zawiodło i zostawiło pewien niedosyt, ponieważ chętnie dowiedziałabym się, co dzieje się u tak lubianej przeze mnie dampirki. Nieco brakowało mi również Dymitra Bielikowa, lecz zakończenie zwiastuje, że będzie go trochę więcej w kolejnych tomach cyklu. Na szczęście jeden z bohaterów Akademii Wampirów, darzony przeze mnie ogromną sympatią, wysunął się na pierwszy plan: Adrian Iwaszkow. Jego sarkastyczne uwagi oraz dość... nietypowe podejście do życia znacznie ubarwiły fabułę. Keith od samego początku wzbudza niechęć i mordercze skłonności, a gdy tylko się pojawiał, puls błyskawicznie mi przyspieszał, i to bynajmniej nie z zachwytu. Całkiem polubiłam Jill, nieco naiwną i nieśmiałą nastolatkę, lecz charakterem trochę za bardzo przypominała mi delikatną Lissę, która była mi w zasadzie obojętna. Sydney w roli głównej bohaterki sprawdza się wspaniale, nie do końca potrafi odnaleźć się w świecie zwyczajnych ludzi, jest silna, odważna i zdeterminowana, a także gotowa, by chronić bliskich za wszelką cenę.

„Kroniki krwi” absolutnie mnie nie rozczarowały, i wbrew moim początkowym wątpliwościom, lektura tej książki okazała się być świetnym przeżyciem. Nie brak tu typowego dla Richelle Mead humoru, a niebezpieczeństwo czai się na każdym kroku. Nie mogę doczekać się, kiedy kolejne tomy wpadną w moje ręce, i mam nadzieję, że stanie się to jak najszybciej.

Kroniki krwi | Złota lilia | Magia indygo

Wyzwanie: Czytam fantastykę

Etykiety

Agatha Christie (1) Aisling Juanjuan Shen (1) Akademia Mitu (1) Akademia Wampirów (2) Akcent (1) Akurat (1) Albatros (2) Alexander Gordon Smith (1) Ally Condie (1) Alyson Noel (2) Amanda Hocking (1) Amazonka (1) Amber (12) Amie Kaufman (1) Amy Kathleen Ryan (1) Amy Meredith (1) Andy Weir (1) anime (1) Anja Snellman (1) Anne Bishop (1) Anne Cassidy (2) antyutopia (8) ArsMachina (2) Asia Bibi (1) Audeo (1) Bellona (1) Beth Revis (3) biografia (1) Bree Despain (3) Brodi Ashton (1) Bukowy Las (10) Bullet Books (1) C. R. Zafón (1) C. S. Lewis (1) C. W. Gortner (2) Carol Rifka Brunt (1) Carrie Ryan (1) Cassandra Clare (4) Celine Kiernan (3) Charlaine Harris (2) Charlee Fam (1) Charlotte Bronte (1) Chemiczne Światy (1) Christina Baker Kline (1) Claire North (1) Colleen Hoover (1) Colleen Houck (2) Cora Carmack (1) Córki Księżyca (1) Czarna owca (3) Czwarta strona (1) czytnik (1) Danielle L Jensen (1) Dary Anioła (2) Denise Kiernan (1) Diabelskie Maszyny (2) Diane Chamberlain (2) Dobrani (1) Dolnośląskie (14) Dorota Katende (1) Dreams (2) dystopia (1) Dziewczyny nie płaczą (1) e-book (1) E. Lockhart (1) Egmont (5) egzemplarz recenzencki (70) ekranizacja (2) Elizabeth Chandler (1) Elizabeth Gaskell (2) Emily Giffin (1) Emmy Laybourne (1) Erica Spindler (1) erotyczna (2) Esprit (4) Eve Silver (1) Fabryka słów (7) fantastyka (37) Federico Moccia (1) Feeria (2) film (3) Foka (1) Galeria Książki (5) Gra (1) GWF (4) GWP (1) Hakan Nesser (1) Hanna Cygler (1) Herkules Poirot (1) historyczne (3) horror (2) Initium (1) inne (22) Isabell Pfeiffer (1) J. K. Rowling (1) Jaguar (18) Jakub Ćwiek (1) Jana Frey (1) Janet Evanovich (3) Jennifer Clement (1) Jennifer E. Smith (1) Jennifer Estep (1) Jennifer Niven (1) Jenny Downham (1) Jessica Brody (1) Jo Nesbø (1) Joanna M. Chmielewska (2) Jodi Picoult (5) Joelle Charbonneau (1) John Green (1) John Lennon (1) John Marsden (4) Josephine Angelini (1) Julie Cross (1) Julie Kagawa (1) Jutro (4) Karol Lewandowski (1) Karolina Wilczyńska (1) karty (1) Katarzyna Zyskowska-Ignaciak (1) Katja Millay (1) Kelly Creagh (2) Kendare Blake (1) Kerstin Gier (3) Kevin Wilson (1) Kiera Cass (4) Kindle (1) Klątwa tygrysa (2) Kody Keplinger (1) konkurs (2) Królestwa Nashiry (1) kryminał (6) Książnica (2) L. A. Weatherly (1) Las Zębów i Rąk (1) Lauren Barnholdt (1) Lauren DeStefano (1) Lauren Kate (1) Lauren Oliver (4) Legenda (1) Libba Bray (2) Licia Troisi (1) Lisa Renee Jones (2) Lisa Scottoline (1) literatura faktu (3) literatura polska (24) literatura zagraniczna (216) Lois Lowry (1) losowanie (1) Lubimy Czytać (1) Lucy Ferriss (1) Lynne Ewing (1) Mag (7) Maggie Stiefvater (1) Mak Verlag (1) Mała Kurka (2) Mara Dyer (2) Mari Jungstedt (1) Marianne Curley (1) Marie Lu (1) Marie Rutkoski (1) Marissa Meyer (1) Mark Blake (1) Marquez (1) Marta Stefaniak (1) Matras (4) Mats Strandberg (1) Max Brooks (1) Meagan Spooner (1) Media Rodzina (1) Megan Whalen Turner (2) Melinda Salisbury (1) Melissa de la Cruz (1) MG (6) Michael Grant (1) Michelle Corasanti (1) Michelle Hodkin (2) Mira (5) młodzieżowe (10) Monument 14 (1) Moondrive (3) Morgan Matson (1) Muza (5) muzyka (1) Na Kanapie (1) Nalini Singh (2) Naomi Novik (1) Nasza Księgarnia (7) Nevermore (2) new adult (1) Nicholas Sparks (2) Nieśmiertelni (1) Niezgodna (1) Niezwyciężona (1) Nina Reichter (1) non fiction (1) Novae Res (9) nowości i zapowiedzi (1) obyczajowe (23) Olga Rudnicka (1) Orphan black (1) Oscar Wilde (1) Otwarte (16) Papierowy Księżyc (2) Papierowy Motyl (1) Paradoks (2) Pascal (2) Penguin (1) Piąta fala (1) po angielsku (1) podsumowanie (24) Poligraf (1) poradnik (2) postapokaliptyczna (4) Promic (1) Prószyński i S-ka (32) przygodowe (1) Publicat (13) PWN (1) Querida poleca (1) Rachel Ward (1) Rainbow Rowell (1) Rebecca Donovan (1) Rebis (5) rekomendacje (1) Remi (1) Replika (2) Richelle Mead (3) Rick Riordan (1) Rick Yancey (1) Robin Bridges (1) Saga księżycowa (1) Samanta Shannon (1) Sandra Gulland (1) Sara B. Elfgren (1) Sara Grant (1) Sara Shepard (1) Sarah J. Maas (1) Sarah J. Mass (1) Sarah Waters (1) science fiction (2) serial (2) Simon & Schuster (1) Solomon Northup (1) Sonia Draga (1) Sophie Hannah (1) SQN (4) Stentor (2) Stephanie Perkins (1) Stephen Chbosky (1) Stephen King (2) stosik (37) Strażnicy Veridianu (1) Studio Astropsychologii (1) survival (1) Szklany tron (2) Sztukateria (14) Świat książki (4) tag (2) Tahereh Mafi (1) Tammara Webber (2) Tania książka (1) Telbit (1) The Beatles (1) thriller (1) Tricia Rayburn (1) Trylogia czasu (3) Trylogia Moorehawke (3) Upadli (1) Uroboros (3) Veronica Roth (3) W. A. B. (1) W.A.B (1) Weltbild (1) Wilga (3) Włóczykijka (5) Woblink (2) Wydawnictwo Literackie (1) wymianka (1) wyzwanie (1) YA! (4) young adult (13) Young adults (4) Yrsa Sigurdardottir (1) z bibliotecznej półki (8) z własnej półki (79) zapowiedzi (8) Zielona sowa (3) Znak (7) zombie (1) Zysk i S-ka (2) Żelazny Dwór (1)